Ludzie w obiektywie


Henryk Hermanowicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych twórców fotografii krajobrazowej, nie oznacza to jednak, że nie zajmował się fotografią portretową. Znane są jego piękne portrety przyjaciół, poetów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego czy Władysława Broniewskiego. W 1937 roku wykonał zdjęcie zatytułowane „Kobieta z zamkniętymi oczyma” przedstawiające narzeczoną, Emilię Kornaszewską. Ta wybitna fotografia uważana jest za znakomity przykład europejskiego surrealizmu. Emilię, miłość swego życia, Hermanowicz spotkał w Krzemieńcu, tutaj też pobrali się 29 września 1939 roku.

Młoda para – Emilia i Henryk Hermanowiczowie, fot. Henryk Hermanowicz, wrzesień 1939; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Z lewej siedzi młoda ciemnowłosa kobieta w białym żakiecie na wzorzystej sukience. Za nią z prawej stoi młody mężczyzna z bródką, w melanżowej marynarce i dwubarwnym pulowerze.]

Emilia i Henryk spędzili wspólnie 53 lata, do śmierci fotografa 31 maja 1992 roku. Małżonkowie zawsze, w każdej sytuacji mogli na siebie wzajemnie liczyć. Ukochana żona była wierną i oddaną towarzyszką życia, wspierającą poczynania artystyczne fotografa. Jeszcze przed ślubem wydali bibliofilski album pt. „Piękne rodzinne miasto Juliusza Słowackiego”, do którego wyboru fragmentów wierszy poety dokonała Emilia, bibliotekarka w Liceum Krzemienieckim. Tomik ilustrowany był wklejanymi własnoręcznie sześcioma fotografiami Henryka. Żona nie tylko brała udział w wędrówkach Hermanowicza z aparatem fotograficznym, w trakcie przygotowywania kolejnych albumów, lecz była również pierwszym recenzentem tekstów oraz pierwszym odbiorcą makiet wydawniczych. Emilia odciążała też męża od spraw życia codziennego, zapewniając i jemu i trzem córkom bezpieczny, ciepły i spokojny dom. Odeszła 5 stycznia 2004 roku.

Emilia Hermanowicz z córkami w trakcie przygotowań do przedstawienia w teatrzyku kukiełkowym, fot. Henryk Hermanowicz, około 1953; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. W centrum siedzi kobieta w kraciastej bluzce, z lewej stoi dziewczynka w ciemnym sweterku i spódnicy, a z prawej dwie młodsze dziewczynki we wzorzystych sukienkach z białymi kołnierzykami. Wszystkie trzymają w rękach kukiełki. Za nimi teatrzyk z zimową dekoracją.]
Emilia Hermanowicz z córkami w mieszkaniu, fot. Henryk Hermanowicz, około 1956; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Wnętrze pokoju Po lewej półka z książkami, obok siedząca na parkiecie dziewczynka czytająca książkę. W rogu pokoju piec kaflowy, przy nim siedząca na fotelu kobieta, która haftuje, poniżej na podłodze dziewczynka. Po prawej na niskiej szafce siedzi trzecia dziewczynka – bliźniaczka poprzedniej, identycznie ubrana.]

W wędrówkach i spacerach po Krakowie Hermanowiczowi często towarzyszyły córki Anna oraz bliźniaczki: Krystyna i Maria. One także czasami pozowały ojcu, odnajdujemy dziewczynki, w różnym wieku, na wielu fotografiach ich ojca.

Po zakończeniu wojny Hermanowicz zamieszkał w Krakowie i początkowo zatrudnił się w zakładzie fotograficznym portrecisty i pejzażysty, Józefa Rosnera. Ten artysta fotografik urodził się w Cieszynie, a oddany przez ojca do terminu na ślusarza „uciekł w świat”. Początkowo uczył się zawodu w Morawskiej Ostrawie, później terminował u najlepszych mistrzów niemieckich, uzyskując w 1919 roku dyplom mistrzowski. Z sukcesem prowadził własne atelier w Chemnitz. Od 1924 roku Rosner brał regularnie udział w wystawach fotografii w Berlinie, Hamburgu, Lipsku, Frankfurcie nam Menem, Jenie, Essen, Kolonii. Jego prace prezentowano także na wystawach zagranicznych m.in. w Danii, Francji, Holandii, Irlandii, Japonii, USA. Przejęcie władzy przez nazistów zmusiło go do opuszczenia Niemiec, w 1936 roku zamieszkał w Krakowie, gdzie przy ul. Gertrudy 5 otworzył zakład fotografii artystycznej. Rosner przywiózł do Polski kompletne studio więc jego zakład wyróżniał się bardzo nowoczesnym wyposażeniem. Po zajęciu Krakowa przez Niemców, pracował w jednym z niemieckich zakładów fotograficznych i przekazywał kopie zdjęć wykonywanych przez niemieckich żołnierzy na froncie władzom polskiego podziemia. W 1942 roku został aresztowany i przez rok przebywał z więzieniu gestapo na ul. Montelupich co skończyło się trwałą utratą zdrowia. Po zakończeniu wojny Rosner otworzył nowy zakład przy ul. Starowiślnej 22 i właśnie tu pracował Hermanowicz. Z tego okresu pochodzi wykonany przez niego portret dwóch fotografów. Rosnerowi towarzyszy Józef Kuczyński, który w latach 1912 -1939 prowadził zakład fotografii artystycznej w Pałacu Spiskim przy Rynku Głównym 34. Cieszył się on wielką popularnością wśród mieszkańców Krakowa, w tym przede wszystkim wśród artystów, bywali tam m.in. Jacek Malczewski, Jan Szczepkowski, Xawery Dunikowski. Kuczyński wykonywa portrety w technikach chromianowych, a także gum, pigmentów i bromów.

Fotografowie Józef Kuczyński (z prawej) i Józef Rosner (z lewej), fot. Henryk Hermanowicz, około 1946; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Dwaj siedzący mężczyźni ujęci we wnętrzu z obiektywami fotograficznymi w rękach. Z lewej młodszy, ujęty w połowie postaci, na nosie okrągłe okulary, ubrany biały chałat z podwiniętymi rękawami. Z prawej starszy, siwowłosy, lekko nachylony nad kolegą, w białym, rozpiętym chałacie.]

W czasie swoich wędrówek Hermanowicz niejednokrotnie spotykał kolegów po fachu, których chętnie uwieczniał na fotografiach. W jego obiektywie znaleźli się fotografowie oczekujący na klientów i krakowscy na Rynku Głównym i częstochowski z rozstawionym sprzętem oraz malowanym tłem służącym do zdjęć pamiątkowych. Uchwycił także fotografa przy pracy wykonującego pamiątkową fotografię, tym razem na tle autentycznego zabytku czyli na arkadowym dziedzińcu zamku królewskiego na Wawelu. Zaś na wawelskim dziedzińcu zewnętrznym powstało zdjęcie prawdopodobnie fotografa amatora, który ustawia dopiero swój aparat. Hermanowicz sportretował nawet samego siebie przy pracy w formie zabawnego cienia.

W Krakowie Henryk Hermanowicz współpracował z tygodnikiem „Przekrój”. Było to czasopismo społeczno-kulturalne założone w 1945 roku przez Mariana Eilego, dziennikarza, satyryka, malarza i scenografa. Wspólnie ze swoją współpracownicą Janiną Ipohorską założył on teatr Siedem Kotów, którego siedzibą było Kasyno Oficerskie przy ul. Zyblikiewicza. Hermanowicz dokumentował działalność tego pierwszego polskiego powojennego kabaretu, który istniał tylko jeden sezon 1946/1947. Pozostały fotografie ukazujące sceny ze spektakli, aktorów, dekoracje, a także przygotowania do przedstawień. Między nimi znajdują się także zdjęcia z prób, na których uwieczniona została Janina Ipohorska, malarka, dziennikarka, scenarzystka. Dla Siedmiu Kotów projektowała kostiumy, czytelnikom „Przekroju” znana była pod pseudonimem Jan Kamyczek i prowadziła słynną rubrykę „Demokratyczny savoir-vivre”. Przez ponad 25 lat odpowiadała na pytania czytelników i uczyła ich zasad dobrych manier, wydała też kilka podręczników m.in. „Grzeczność na co dzień”, „Savoir vivre dla nastolatków”. Janina Ipohorska używała także innych pseudonimów jako „Bracia Rojek” pisała felietony, a jako Alojzy Kaczanowski była scenarzystką pierwszego polskiego kryminalnego serialu telewizyjnego „Kapitan Sowa na tropie”. Ipohorska była również autorką licznych aforyzmów oraz pierwszego po wojnie sloganu reklamowego browaru Okocim: „Jak się pobierzem, to się Okocim”.


Próba w Teatrze Siedem Kotów do spektaklu „Trzy razy miau”, od lewej: Józef Nowak, Irena Kwiatkowska, Janina Ipohorska, Jerzy Bielenia, Stanisław Bieliński, Alicja Kamińska, Kazimierz Kasiewicz, fot. Henryk Hermanowicz, październik 1946; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Cztery osoby siedzące przy stoliku, na którym siedzi mały, czarny, kudłaty piesek. Za nimi z prawej stoi nachylający się mężczyzna. Z lewej mężczyzna z tekstem sztuki siedzący na drugim stoliku, obok stoi kobieta.]
 

Inną ciekawą postacią związaną z kabaretem Siedem Kotów była Anda Kitschmann, kompozytorka i pianistka, pierwsza w Polsce kobieta – dyrygent. W latach 1912-1918 popularność przyniosło jej prowadzenie spektakli w warszawskim Teatrze Nowości. Od 1916 roku występowała jako piosenkarka i aktorka w warszawskich kabaretach: Miraż, Czarny Kot, Argus, gdzie w oryginalny sposób i z dużym temperamentem śpiewała własne piosenki, akompaniując sobie przy fortepianie. W okresie międzywojennym była dyrygentem w lwowskim Teatrze Miejskim, następnie w Katowicach prowadziła zespoły wokalne, a po powrocie do Warszawy w 1933, współpracowała z kabaretami, była korepetytorką solistów w Teatrze Wielkim, zajmowała się też dziennikarstwem. Po drugiej wojnie światowej mieszkała w Krakowie i była muzyczną realizatorką przedstawień w różnych teatrach. W kabarecie Siedem Kotów komponowała muzykę i akompaniowała na fortepianie. Konstanty Ildefons Gałczyński napisał w 1946 roku: „to piekielnie zdolna baba, ta Kitschmannka przy fortepianie.” Anda Kitschmann była autorką części muzyki i tekstów w programie składanym, kabaretowo-rewiowym „Trzy razy miau…” w czasie którego sfotografował ją Henryk Hermanowicz. Ten pierwszy program kabaretu Siedem Kotów w zamierzeniu twórców miał być zabawną aluzją do referendum.

Anda Kitschmann przy fortepianie, fot. Henryk Hermanowicz, październik 1946; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Kobieta o ciemnych włosach, zwrócona prawym profilem, ubrana w ciemną bluzkę, wokół szyi krótkie białe boa. Z prawej fragment klawiatury. W tle reflektor i kurtyna.]

W zespole teatru Siedem Kotów znaleźli się zarówno młodzi utalentowani aktorzy jak i starsi, doświadczeni i znani z wcześniejszych dokonań. Taką artystką była Helena Grossówna, tancerka oraz aktorka teatralna i filmowa, która do 1939 roku uchodziła za ulubienicę publiczności w Polsce. W okresie międzywojennym wystąpiła w kilku znanych filmach jak „Piętro wyżej”, „Paweł i Gaweł” czy niezapomniana „Zapomniana melodia”, która stała się sukcesem kasowym, a towarzyszące jej piosenki zostały szlagierami. W filmach tych Grossówna partnerowała m. in. Eugeniuszowi Bodo, Adolfowi Dymszy, Aleksandrowi Żabczyńskiemu. Podczas okupacji była kelnerką, występowała w teatrzyku Na Antresoli. Jednocześnie była oficerem AK i w czasie powstania warszawskiego dowodziła oddziałem kobiecym w ramach batalionu „Sokół”. Po rozwiązaniu kabaretu Siedem Kotów powróciła do warszawy i związała się z teatrem Syrena. W filmach występowała sporadycznie, m.in. zagrała matkę Jacka i Placka w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”.

Helena Grossówna w spektaklu „Noworoczna wyborowa”, fot. Henryk Hermanowicz, 1946/1947; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Kobieta stojąca na scenie, ukazana w całej postaci, w długiej sukni bez rękawów. W tle kotara.]

Niewątpliwą gwiazdą teatru Siedem Kotów była Irena Kwiatkowska, którą do współpracy namówił sam Konstanty Ildefons Gałczyński. Jej droga artystyczna rozpoczęła się jeszcze przed wojną od teatru Cyrulik Warszawski, w którym zaczęła występować po tym jak Fryderyk Járosy zauważył ją i „wyłowił” z grupy wystawiającej latem 1935 roku dyplomowe przedstawienie. Podczas okupacji niemieckiej Kwiatkowska pracowała w kuchni ZASP-u, była też żołnierzem AK. Uczestniczyła w powstaniu warszawskim jako łączniczka w sztabie grupy „Północ” oraz grała w teatrze powstańczym w szpitalach i piwnicach. W kabarecie Siedem Kotów wiersze, piosenki oraz skecze pisał dla niej Gałczyński. Henryk Hermanowicz wielokrotnie fotografował Kwiatkowską zarówno w trakcie spektakli jak i prywatnie. Powstała mała kolekcja portretów w rozmaitych kostiumach z kolejnych przedstawień, strojach prywatnych a nawet aktów.

Kraków to miasto z tradycjami, które chętnie fotografował Hermanowicz. Bywał na odpuście Emaus, odbywającym się w Poniedziałek Wielkanocny przy klasztorze Norbertanek na Zwierzyńcu oraz na Rękawce, święcie obchodzonym na Wzgórzu Lasoty we Wtorek Wielkanocny. Kilkakrotnie uwieczniał krakowskich hejnalistów. Trębacze ci odgrywają hejnał mariacki co godzinę z północnej wieży kościoła Mariackiego. Dwudziestoczterogodzinne dyżury pełni jednocześnie dwóch hejnalistów, strażaków Państwowej Straży Pożarnej, którzy wykonują utwór o każdej pełnej godzinie. Hermanowicz sfotografował trębaczy nie tylko w pomieszczeniu na szczycie wieży ale także na nakrywającym ją gotyckim hełmie, między wieżyczkami otaczającymi ośmioboczną iglicę.

Oczywiście fotograf dokumentował również pochód Lajkonika, który odbywa się co roku w pierwszy czwartek po święcie Bożego Ciała. Konik zwierzyniecki w asyście kapeli Mlaskotów oraz orszaku włóczków przemierza tradycyjny szlak ze Zwierzyńca na Rynek Główny. Barwny ten pochód i towarzyszące mu tłumy mieszkańców Krakowa oraz turystów, oczekujących na tradycyjne uderzenie buławą „na szczęście”, Hermanowicz uwiecznił na wielu kadrach.

Hejnalista na wieży Mariackiej, fot. Henryk Hermanowicz, lata 60. XX w.; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Mężczyzna ujęty w całej postaci, w mundurze strażackim, z trąbką trzymaną przy ustach, stojący na krytym blachą hełmie.
Pośrodku w tle panorama miasta z wzgórzem wawelskim.]
Pochód Lajkonika, fot. Henryk Hermanowicz, 1960; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Na pierwszym planie w centrum Lajkonik, obok niego po prawej mała dziewczynka w stroju krakowskim i mężczyzna z orszaku. Za nimi stojący półkolem widzowie.]

Inna krakowską tradycją jest sprzedaż miodku tureckiego przed bramami cmentarzy we Wszystkich Świętych oraz w Dzień Zaduszny. Jego głównym składnikiem jest skarmelizowany cukier, do którego dodawane są olejki aromatyczne, barwniki oraz pokruszone orzechy. Miodek ma formę twardych bryłek i obecnie sprzedawany jest w gotowych porcjach składających się z pokruszonych, niewielkich kawałków zawiniętych w rożki z przezroczystej folii. Dawniej straganiarze kruszyli bryły miodu bezpośrednio na stoisku. Taką właśnie scenę uchwycił Hermanowicz. Jego uwagę z pewnością przykuł oryginalny toporek, którym posługuje się sprzedawczyni łupiąca miodek.

Straganiarka sprzedająca miodek turecki pod cmentarzem, fot. Henryk Hermanowicz, koniec lat 60. XX w.; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Na pierwszym planie blat stoiska z wagą oraz małymi kawałkami i dużą bryłą miodku. Za straganem stoi kobieta w białym fartuchu i wzorzystej chustce na głowie, trzymająca w dłoniach tasak z trzonkiem w formie konika.]

Wyjątkowym zjawiskiem jest oczywiście krakowska szopka, dla której pierwowzorem są krakowskie zabytki. Od 1937 roku organizowany jest konkurs szopek, na które zgłaszane są szopki miniaturowe i małe, duże i wielkie, wykonywane przez szopkarzy w różnym wieku. Jednym z nich był wszechstronny artysta ludowy, Zdzisław Dudzik, z zawodu rekwizytor teatralny. Uczestniczył on w konkursach 35 razy w latach 1946-1982, wielokrotnie też bywał nagradzany. Dudzik przygotowywał także tradycyjne figurki Żydów na Emaus i przez dwadzieścia jeden lat odgrywał rolę konika zwierzynieckiego w corocznym Pochodzie Lajkonika. Henryk Hermanowicz wykonał serię zdjęć artysty w jego domowym warsztacie, przygotowującego szopkę i kukiełki na konkurs.

Szopkarz Zdzisław Dudzik przy pracy, fot. Henryk Hermanowicz, około 1960; wł. MK
[Fotografia czarno-biała. Na pierwszym planie z lewej siedzi mężczyzna w jasnym swetrze trzymający w rękach lalkę górala. Na stoliku przed nim młotek i narzędzia, dalej szafka z następnymi kukiełkami. Za nią górna część dużej szopki krakowskiej z trzema wieżami nakrytymi hełmami.]

Szachy to jedna z najstarszych i najbardziej rozpowszechnionych gier świata. Jej zasady opracowano w Indiach w trzecim ćwierćwieczu VI w. n.e. W Polsce szachy znane są od początku XII w. Uznawano je za ekskluzywną grę, która miała wysoką rangę na dworach królewskich, a zwycięzcy turniejów szachowych darzeni byli dużym szacunkiem. Wspaniałym utworem poświęconym grze w szachy jest poemat Jana Kochanowskiego „Szachy” wydany w Krakowie między 1562 a 1566 rokiem. Jest on po części tłumaczeniem, po części swobodną adaptacją łacińskiego poematu Marco Girolamo Vidy. Kochanowski przeniósł akcję z Olimpu na renesansowy dwór króla duńskiego Tarsesa. Poemat przedstawia historię zmagań dwóch pretendentów, Borzuja i Fiedora, konkurujących o rękę duńskiej księżniczki Anny. By zapobiec rozlewowi krwi król Tarses zaproponował rycerzom turniej szachowy. Po długiej i ciężkiej walce Fiedor, któremu sprzyjała księżniczka, znalazł się w trudnej sytuacji, o krok od dostania mata. Jednak dzięki dyskretnym wskazówkom Anny, która rozwiązała ten problem szachowy, rycerz wygrał partię i poślubił księżniczkę.

Najstarszym polskim klubem szachowym jest Krakowski Klub Szachistów, jego statut zatwierdzono 10 maja 1893 roku. Początkowo gracze spotykali się przy kawiarnianych stolikach. Po drugiej wojnie, aby umożliwić entuzjastom gry rozegranie partyjki ,ustawiono stoliki szachowe na bulwarze Czerwieńskim z widokiem na zakole Wisły i wzgórze wawelskie. To piękne miejsce zagrało w kilku filmach. Bywał tu Krzysztof Globisz, tytułowy „Anioł w Krakowie” oraz Jan Machulski w „Vincim”.  Szachistów nad Wisłą uwiecznił także Hermanowicz. Na jego fotografiach widać i tłumek kibiców zainteresowanych rozgrywką, i skupienie graczy. Obok doświadczonych szachistów ujęci zostali młodzi, nieraz bardzo młodzi przyszli gracze. Niestety na żadnym ze zdjęć nie widać następczyni księżniczki Anny.

Obiektyw Henryka Hermanowicza zarejestrował jeszcze jedną z atrakcji Krakowa – latarnika obsługującego gazowe lampy w arkadach Sukiennic. 34 lampy zainstalowano w 1857 roku, kiedy to uliczne oświetlenie gazowe zawitało do Krakowa. Ostatnie latarnie gazowe darzy się szacunkiem – w wielu europejskich miastach, są one utrzymywane nie tylko przez miejskie służby, ale i pasjonatów. Stanowią atrakcyjną ciekawostkę dla turystów, dlatego bywają rekonstruowane. Jednak ostatnio w Krakowie oryginalne lampy gazowe w Sukiennicach przestały być zapalane. Z tego powodu Radni Starego Miasta wystąpili z wnioskiem do prezydenta Krakowa o niezwłoczne przywrócenie oświetlenia gazowego. W uzasadnieniu napisali, że latarnie gazowe: „stanowią autentyczny relikt dawnej techniki komunalnej wymieniany w wielu przewodnikach i blogach turystycznych. Nic więc dziwnego, że turyści, którzy chcą zobaczyć charakterystyczny płomień lampy gazowej mogą się czuć teraz zawiedzeni i rozczarowani”. My możemy zobaczyć, jak wyglądała praca latarnika dzięki fotografiom Hermanowicza. Uwiecznił on również innych fachowców zajmujących się krakowskimi latarniami. Należą do nich zdjęcia murarza wzmacniającego osadzenie kinkietowej latarni na ulicy Kanoniczej oraz elektryków instalujących nowe latarnie na al. Lenina (obecnie Solidarności).

Share This